Od ostatniego wspólnego wyjazdu minął już ponad miesiąc i nie mogliśmy się doczekać kolejnego. Przygotowania więc trwały…
Rowery gotowe, można jechać 🙂
18 października – piątek
Tym razem zebrało nas się 8 osób. Wyjechaliśmy w piątek po pracy i na nocleg udało nam się zjechać około 21. Znaleźliśmy super miejsce noclegowe, które gorąco polecamy.

Widok i Lawenda Quiet Zone

Postanowiłyśmy z Anią zaprzyjaźnić nasze zwierzątka. Było bliskie spotkanie, jednak dla Rysi Felka była  tylko duuuuużą zwierzą, na którą trzeba zapolować.

Nie będzie między nimi przyjaźni:(

19 października – sobota
Żeby tradycji stało się zadość, najwytrwalsi zawodnicy kładli się spać w godzinach porannych, co oznaczało ciężkie głowy w sobotni poranek. Najpierw nie mogliśmy się wygrzebać z domu. A czas płynął….
Później niektórym ciężko było się zdecydować, który rower będzie najlepszy, w końcu taki był wybór oraz jak załadować taką ilość rowerów na dwa samochody.
Więc szczęśliwe posiadaczki własnych rowerów miały czas na opalanie.
W końcu pan z wypożyczalni, patrząc na nas z politowaniem stwierdził, że nam dwa rowery zawiezie do miejsca, z którego mogliśmy już wyruszyć na trasę.
Na granicy polsko – czeskiej, musieliśmy przygotować rowery do jazdy i wtedy się okazało, że Paweł zabrał z domu tylko jeden pedał, a drugi zostawił w pudełku na łóżku:)  No w końcu dlaczego ma być łatwo:)
Więc my pojechaliśmy już na trasę a Paweł na zakupy do centrum Singltracka w Novym Miescie. My się nie zbytnio nie spieszyliśmy, a Paweł  mając już dwa pedały, włączył piąty bieg i dogonił nas w tempie ekspresowym.
Przejechaliśmy trasę, którą można nazwać  „CZĘŚCIĄ CZESKĄ LAJTOWĄ – około 18km”. Nie wiem czy to było lajtowe, ale na jazdę inną trasą raczej nikt nie miał ochoty.
Na zakończenie trasy zatrzymaliśmy się w Centrum Singektreka na zasłużony obiad i czeską lemoniadę:)
Pora była jeszcze w miarę wczesna, ja zaś nie miałam zrobionej normy krokowej, przewidzianej na dzień, więc wymyśliłyśmy z Renią, że może to dobry czas na zdobycie najwyższego szczytu gór Izerskich.

W związku z czym Paweł nas podrzucił do najbliższego szlaku i wyruszyłyśmy.

Dosyć szybko zrobiło się ciemno jak to w październiku, jednak nie chciałyśmy zrezygnować, więc parłyśmy naprzód. Kiedy już myślałyśmy, że do szczytu niedaleko, okazało się, że trasa znowu prowadzi w dół. Poszukiwania szczytu przeprowadziłyśmy już w zupełnej ciemności. Ale udało się. Renia zaliczyła kolejny szczyt z KGP.
Perspektywa powrotu tą samą trasą w ciemnościach nie zachęcała, więc uprosiłyśmy Pawła, żeby nas odebrał z Jakuszyc. Wracałyśmy więc znaną trasą, którą w zimie biegamy na biegówkach. Narzuciłyśmy szybkie tempo a norma krokowa została wypracowana z dużym zapasem:) A na noclegu czekał na nas smaczny grill…
20 października – niedziela
Ranek przywitał nas przepiękny. Kawka na tarasie, to dobry początek dnia.
Wymyśliliśmy, że do domu będziemy wracać okrężną drogą, piękną widokowo, po drodze zatrzymując się w schronisku Andrzejówka, żeby tam zjeść obiad, a przy okazji Renia zaliczy Waligórę, kolejny szczyt z KGP.

 

Ania nam zapoczątkowała nową modę:

Zamiast „Damy z łasiczką” mamy „Pancię z kotkiem”

I tak zakończył się nasz październikowy wyjazd, teraz zaczynamy odliczanie do następnego spotkania.
Po powrocie do domu Mariusz szybko stworzył filmik z naszej wyprawy: DZIĘKUJEMY
Przeglądając zdjęcia, stwierdziłam, że koniecznie muszę wstawić zdjęcia z mistrzem drugiego a czasem i pierwszego planu:) Zgadnijcie o kogo mi chodzi:)