Ostrzyca 13.10

      Kolejny weekend zapowiadał się słoneczny, więc żal było go zmarnować.  W sobotę wieczór podjęliśmy decyzję, że gdzieś trzeba pojechać, tam gdzie jeszcze nas nie było. Wybór padł na Ostrzycę – wzgórze pochodzenia wulkanicznego osiągające zawrotną wysokość 501 m n.p.m. (mylnie zwane też wygasłym wulkanem).
Ponieważ plany mieliśmy ambitne, staraliśmy się podjechać jak najbliżej Ostrzycy. I mimo, że jeden ze szlaków wiódł z Proboszczowic, my podjechaliśmy do zielonego szlaku i stamtąd ruszyliśmy na szczyt, martwiąc się, że ta górka taka niska i za chwilę będziemy na miejscu.
Górka to chyba usłyszała, bo zamiast maszerować jak nakazywał szlak, skręciliśmy w prawo na trasę rowerową. To był nasz pierwszy błąd. Trasa rowerowa w pewnym momencie skręcała w dół oddalając się już od samego szczytu, więc wykombinowaliśmy, że pójdziemy na skróty.
Wleźliśmy prawie na czworakach, bo akurat od tej strony górka była prawie pionowa. To była jej zemsta za marudzenie, że niska jakaś.
Zaś na szczycie zaatakowała nas plaga biedronek, długa nie dało tam się wysiedzieć, więc szybko się stamtąd zwinęliśmy, tym razem grzecznie idąc zgodnie ze szlakiem.
          Następnym punktem naszej wycieczki były „Kolorowe jeziorka” w Rudawach Janowickich. Po drodze zatrzymaliśmy się w Łomnicy na dożynkach przy pałacu. Byliśmy tam już kilkakrotnie i najlepiej wspominamy ten pierwszy raz. Zjedliśmy bigosik, wypiliśmy piwko (kto mógł:) ) i pojechaliśmy do wsi Wieściszowice. Stamtąd ruszyliśmy na spacer nad jeziorka, które widzieliśmy ostatnio w 2011 roku.
Już wtedy trzeciego jeziorka nie było, więc teraz nie chciało nam się iść oglądać dziury w ziemi. Ale pozostałe dwa też nas jakoś nie zachwyciły.
W przeciwieństwie do zdjęć znalezionych w internecie:)
Mimo, że więcej czasu spędziliśmy w samochodzie niż pieszo, ten jednodniowy wypad należy zaliczyć do udanych. 🙂